To nie jest brak miłości. To jest przeciążenie.
Kochasz swoje dzieci, ale mimo to krzyczysz na nie przed wyjściem z domu, choć obiecałaś sobie, że będziesz cierpliwa i spokojna.
Niech zgadnę
Wracasz z pracy o 17:00, a dzieci już wiszą Ci na nogach krzycząc „jestem głodny!” - partner siedzi na kanapie.
Robisz obiad, kąpiesz dzieci, kolacja, usypianie - Ty biegasz, on odpoczywa „po ciężkim dniu”.
Kładziesz dzieci spać, a potem sprzątasz kuchnię, przeglądasz plecaki, szykujesz ubrania na jutro.
O 22:30 wreszcie siadasz, ale myślisz już o jutrzejszych spotkaniach i czy pamiętałaś podpisać zgodę na wycieczkę.
Oglądasz kolejny podcast o wypaleniu, kiwasz głową, piszesz „to właśnie ja” - i wracasz do zmywania naczyń, bo kto to zrobi, jak nie Ty.
Budzisz się o 6:00 już zmęczona i myślisz: „znowu to samo”.
Pracujesz 8 godzin, a potem kolejne 6 w domu - i zastanawiasz się, kiedy to się wreszcie skończy?
W pracy udajesz, że wszystko okej, a w domu krzyczysz na dzieci za rozlane mleko, a potem zamykasz się w łazience i płaczesz.
Masz wrażenie, że znikasz, że gdzieś po drodze zgubiłaś siebie - kobietę, która miała inne marzenia i chciała być szczęśliwą mamą.